marzec 5, 2008, 3:42 pm
Kategoria wpisu: Publicystyka
Kategoria wpisu: Publicystyka
W naszej krajowej publicystyce zbieranie podatków uważane jest niemal za rozbójnictwo. Karierowiczom, dorobkiewiczom, tym, którzy są już przy korycie albo się do niego właśnie dorywają nie mieści się w głowie, że powinni się podzielić swoimi dochodami z tymi, którzy są na dole społecznej drabiny.
Ludzie bogaci kultywują przekonanie, że wszystko co mają zawdzięczają jedynie sobie samym, a podatki to grabież. Oczywiście godzą się płacić jakieś grosze na policję, bo ona chroni ich mienie, zdrowie i życie, rzucą też coś na wojsko, drogi, ale na tym koniec. Żadnego „rozdawnictwa”. Biedni niech zadbają o siebie sami. A co do wdów i sierot, to powinny one liczyć na dobre serce i ludzkie odruchy bliźnich czyli działalność charytatywną.
Nie wszyscy oni z równą szczerością przyznają się do swojej znieczulicy. Niektórzy wmawiają sobie i innym, że nie chcą płacić, bo to i tak wszystko przeżre biurokratyczna machina państwowa. I pod hasłem „taniego państwa” mogą już bezkarnie ciąć wydatki na pomoc społeczną. Cięto je w pewnym momencie tak bardzo, że stały się porównywalne z administracyjnymi kosztami funkcjonowania opieki społecznej. I wtedy zakrzyknięto: Widzicie, na pensje urzędników wydajemy tyle samo co na zasiłki! Było to jednak w czasach, gdy zasiłki wynosiły nawet po kilkanaście złotych miesięcznie, a pomoc społeczna była w stanie likwidacji.
Teraz jednak, kiedy dochód narodowy rośnie, a wraz z nim dochody budżetu państwa, znów podnoszą się głosy o konieczności ulżenia doli najbogatszych podatników, którzy z powodu rosnących dochodów muszą zbyt wiele wkładać do wspólnego wora. Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, że mechanizm tzw. redystrybucji budżetowej polegający na zaspokajaniu wielu potrzeb elementarnych ludzi niezamożnych za podatki ściągnięte od tych, którzy mają, jest tylko nieśmiałą próbą skorygowania mechanizmu odwrotnego, który polega na tym, że szarzy obywatele zrzucają się na majątki bogaczy.
Pierwszym aktem niesprawiedliwości tego rodzaju była prywatyzacja. Otóż raptem nie wiadomo skąd wyskoczyli właściciele fabryk, chociaż na starcie, w 1989 roku wszyscy byliśmy mniej lub bardziej goli. Przez ponad czterdzieści lat ludzie zamiast pensji dostawali kieszonkowe plus wszystkie niezbędne świadczenia w siermiężnym standardzie spożycia zbiorowego, aby większość tego, co wytworzyli zainwestować w budowę przemysłu. Ciągła przewaga akumulacji, czyli inwestycji do spożycia, była tłumaczona interesem przyszłych pokoleń. Okazało się, że wynik wyrzeczeń całych pokoleń przejęła garstka wybrańców, którzy będąc blisko władzy, stali się właścicielami wspólnie wypracowanego majątku. Ten olbrzymi transfer od wszystkich dla nielicznych spowodował nierówność, która pozwoliła nowym bogaczom łupić ludzi pracy, emerytów i każdego, komu jeszcze można coś zabrać.
Jednocześnie w ramach tzw. terapii szokowej Balcerowicza zlikwidowano olbrzymie wówczas, z racji niedoborów rynkowych, oszczędności ludności. Hiperinflacja wywołana celowo sprawiła, że dziesięciolecia skrzętnego ciułania poszły na marne. W Polsce pełnych półek i pustych portfeli konsumowali tylko nieliczni, choć wszystkiego było w bród.
Pojawiło się masowe bezrobocie. Spauperyzowana przez Balcerowicza ludność nie miała innego wyjścia, jak podejmować pracę za głodowe stawki u nowych właścicieli Polski. Przy czym skrupulatnie trzymano się zasady, że wszystkie najniższe nawet dochody czy zasiłki podlegają opodatkowaniu. Zamożnym podatnikom zaś stworzono całą masę ulg. Sprawiało to, że efektywna stopa opodatkowania zamożnych bywała coraz częściej niższa od stawki pobieranej od osób pobierających wynagrodzenie minimalne.
Oczywiście mechanizm ulgi jest taki, że może z niej skorzystać tylko ten, kto ma na wydatki, które później odlicza je sobie od podstawy opodatkowania. Rosnący udział podatków pośrednich VAT, akcyzy w tworzeniu dochodów budżetowych sprzyjał także bogaceniu się bogatych i ubożeniu biednych. Albowiem podatki pośrednie zawarte w podstawowych dobrach konsumpcyjnych niespecjalnie uderzają w kogoś, dla kogo te koszty są niewielkim ułamkiem wydatków domowych, a rujnują osoby i rodziny, które ponad połowę budżetu domowego wydają na żywność. Jednocześnie przedsiębiorcy otrzymali możliwość wliczania w koszty firmy wydatków na utrzymanie własne i rodziny, od papieru toaletowego po luksusowe samochody. Kiedy więc biedak konsumował, to płacił VAT, kiedy konsumował biznesmen,to jednocześnie zmniejszał sobie wymiar podatku.
W tej chwili jednym z wiodących mechanizmów „negatywnej redystrybucji budżetowej” czyli składania się biednych na dochody bogatych jest system kredytów bankowych. W samym tylko 2006 roku dochody sektora bankowego wzrosły niemal trzykrotnie. Zapożyczają się biedacy i płacą jedne z najwyższych w Europie odsetek. Odsetki te lądują w kieszeni tych, którzy wykupują jednostki funduszy inwestycyjnych, grają na giełdzie,czy po prostu trzymają oszczędności na lokacie. Skoro więc to bogaci pożyczają biednym, a nie odwrotnie, a to oni rządzą, więc stopa procentowa jest odpowiednio wysoka, by jak najwięcej wyrwać z kieszeni ludzi, których niskie płace zmuszają do zapożyczania się.
Przy czym im człowiek biedniejszy tym gorsze warunki kredytowania musi zaakceptować, gdyż jego zdolność kredytowa jest krucha, a ryzyko banku większe. Niewypłacalnych ścigają bezlitośnie firmy windykacyjne, komornicy, którzy zajmują emerytury, renty i groszowe zarobki. Bo bogaty biednemu nie przepuści!