Dalej! - magazyn lewicy


Tanio się nie sprzedawajmy
grudzień 28, 2007, 3:26 pm
Kategoria wpisu: Publicystyka

      Specjalista od „rynku pracy”, Michał Boni miał po stanie wojennym wykład w kościele na Woli o społecznej doktrynie Kościoła. Zapytałem go wtedy, co robić, kiedy pracodawca nie przejmie się nauczaniem Jana Pawła II i dalej będzie poniżał i uciskał swoją siłę roboczą? Późniejszy ekspert od rynku pracy rozłożył wtedy bezradnie ręce i powiedział, że należy robić wszystko, aby takiego przedsiębiorcę przekonać. Współczesna praktyka wskazuje, że katecheza i ewangelizacja wśród biznesmenów to wielkie zadanie, które jeszcze stoi przed Kościołem matka naszą. Jeżeli więc na razie na próżno wyglądamy przebudzenia moralnego wśród ludzi związanych z panią Henryką Bochniarz i jej Lewiatanem, to może ratunek przyjdzie z Zachodu, z Unii Europejskiej?

 Tam wprawdzie papież Polak cieszy o wiele mniejszym wzięciem niż u nas, ale mają oni, mieszkańcy starej Unii, poważniejszy stosunek do prawa pracy. Jeżeli w kodeksie jest napisane 8 osiem godzin pracy, to jest to osiem i nikt nie żąda dalszych 4 czy 6. Bo zmuszanie do pracy w nadgodzinach jest sprzeczne z prawem i pracodawca, który to robi grożąc zwolnieniem, przegra w każdym sądzie i będzie musiał wypłacić wysokie odszkodowanie. Człowiek, który jest gotów pracować więcej niż przewiduje prawo pracy, to ktoś, komu zapłata za osiem godzin pracy nie wystarcza na życie. W takim wypadku powinien odbyć spór zbiorowy z pracodawcą ze strajkiem włącznie, jeżeli okaże się to konieczne i płaca powinna być podniesiona.

     W Polsce mieliśmy do czynienia z nadmierną podażą pracy, co powodowało spadek jej ceny, wymuszone kredytowanie pracodawców przez pracowników poprzez opóźnianie wypłat, uchylanie się od zapłaty za pracę i zatrudnianie kolejnych osób bez umów pisemnych i jakichkolwiek rzeczywistej gwarancji, co do wysokości i terminu zapłaty. Przymus pracy „na czarno” i godzenia się na te odrażające praktyki pracodawców wynika z braku pomocy socjalnej dla osób bezrobotnych. Alternatywą nie jest, więc jak na Zachodzie życie z zasiłku, tylko brak możliwości utrzymania siebie i rodziny. Ustawowe gwarancje czasu pracy, płacy minimalnej, zwiększonego wynagrodzenia za dodatkowy (powyżej 8 godzin) czas pracy, istniały tylko na papierze, skoro nie było praktycznie sposobu, by je wyegzekwować.      Ludzie zaczęli, więc masowo wyjeżdżać do pracy na Zachód. Zniknęła „rezerwowa armia pracy”, której obecność za bramą zakładu i gotowość do zastąpienia niepokornych wymuszała akceptację wyzysku i ucisku. W niektórych branżach takich jak budownictwo, gastronomia i inne usługi pojawił się niedobór rąk do pracy. Niska podaż wpłynęła na nieznaczny wzrost płac, czyli „rynkowa korektę ceny pracy”. Korekta ta nie jest jednak na tyle duże, aby zapewnić normalną egzystencję od pierwszego do pierwszego, a tym bardziej, żeby zahamować migrację zarobkową. Polscy pracodawcy, którzy swą konkurencyjność chcieli upatrywać w niskich kosztach pracy, okazali się niekonkurencyjni dla polskich pracowników, którzy wybrali lepsze oferty. Pracownicy wciąż w Polsce są, bezrobocie istnieje. Coraz trudniej jednak znaleźć ludzi gotowych pracować za 3-4 złote na godzinę, bez umowy i ubezpieczenia. Wbrew różnym obawom do dumpingu socjalnego nie doszło. Napływ siły roboczej ze Wschodu nie obniżył stawek na Zachodzie, a zaczyna już wpływać na podwyższenie płac w kraju.      Z tym jednak mechanizmem rynkowym, który wpływa na wzrost płac w Polsce nie mogą się pogodzić liberałowie, piewcy wolnego rynku, pracodawcy, zwani także inwestorami. Podnieśli, więc larum doprowadzając do obniżenia jednego z elementów kosztu pracy, składki rentowej. Gazety biją na alarm, że niestety rosną płace. Ma się chwilami wrażenie, że ci dziennikarze pracują dla jakiegoś okupanta, bo zamiast się cieszyć, że ludziom się żyje odrobinę lepiej, płaczą, że biznes mniej zarobi. Wśród rozpaczliwych pomysłów jak zaradzić tej ostatniej „zbrodni rynku”, która dzięki swobodnemu przepływowi siły roboczej pozbawiła przedsiębiorców taniej, niewolniczej siły roboczej, najzabawniejsza jest koncepcja sprowadzenia kulisów z Chin. Od czasu jednak, gdy biedni Chińczycy wykonywali niewolniczą praktycznie i katorżniczą pracę przy budowie kolei w Stanach Zjednoczonych kraj ten stał się potęgą gospodarczą. Poza tym, od świąt Bożego Narodzenia jesteśmy w strefie Schengen, w której nie istnieją kontrole graniczne. Trudno sobie nawet wyobrazić, z jakich powodów Chińczyk, który się do tej strefy dostanie miałby nie podążyć śladem milionów Polaków, którzy pojechali pracować tam gdzie płacą kilka razy lepiej i co niemniej ważne, płacą na pewno i w terminie.

     Jeszcze nie tak dawno budowlańcy przyjmując się do pracy nie pytali ile płacą, ale czy w ogóle płacą. Teraz już pytają ile wynosi stawka, pytają też o umowy na o pracę. A tylko patrzeć jak zaczną pytać o czas pracy. W końcu Unia administracyjnie i nierynkowo obniżyła ceny roamingu i zawsze można zadzwonić po instrukcje na komórkę do kumpli, którzy już pracują np. w Irlandii, tej mitycznej Ziemi Obiecanej, o której premier Tusk tak wiele jeszcze się musi dowiedzieć.  Piotr Ikonowicz